Przyszedłem na świat jako Marek Lubaś, zbiegiem okoliczności w Zabrzu, gdzie po wojnie światowej osiedli moi rodzice, bo w swoich rodzinnych stronach za bardzo podpadli młodej władzy ludowej. Kiedy poszedłem do szkoły, zauważyłem, że język, którym mówię w domu, różni się od tego, którym posługują się koledzy. Wolałem jednak nie zjeść bułki na drugie śniadanie, niż powiedzieć w sklepie „prosza żymła z wursztym”. Nie żebym miał coś przeciw Ślązakom, raczej im zazdrościłem, że są u siebie. Chodzi o to, że nie chciałem uchodzić za „gorola”, a nie mogłem się zdobyć na udawanie kogoś, kim nie jestem.

We właściwym czasie nie chciało mi się uczyć, tylko rozrabiać. Żeby nie zejść całkiem, jak to mówią, na psy, nająłem się za fizycznego i przez parę lat zasuwałem łopatą w kombinacie siarkowym pod Tarnobrzegiem. Uchroniło mnie to później przed naiwnymi zachwytami klasą robotniczą, w jakie od czasu do czasu popada inteligencja, na ogół bez wzajemności.

Pewnego lata w Bieszczadach pewna dziewczyna obdarzyła mnie przydomkiem „Harny”. Nie wiedziałem, co to znaczy po ukraińsku, ale spodobało mi się. Niestety, dziewczyna miała już męża, leśniczego, a on miał strzelbę. Pod moim pierwszym opowiadaniem, które działo się w Bieszczadach, podpisałem się „Harny” i tak już zostało.

Kiedy wydałem pierwszą książkę, dobrzy ludzie przyjęli mnie do pracy w gazecie. Uwolniło mnie to od konieczności wczesnego wstawania, ale zmusiło do uzyskania dyplomu ukończenia szkoły tak zwanej wyższej, co mimo wszystko okazało się mniej męczące. Zamieszkałem w Krakowie, bo spodobało mi się, że w tym mieście wszędzie można dojść na piechotę. Czar prysł, kiedy się przekonałem, że i tu w rzeczywistości rządzą cykliści.