- Ta historia jest długa i pełna porażek. Mówiąc w skrócie, na przestrzeni dwudziestu paru lat przynajmniej kilku wydawców nie szczędziło powieści pochwał, obiecywało druk, niektórzy nawet podpisali umowy. Po czym nic z tego nie wychodziło. Pod koniec komuny książka była niemal gotowa do druku, a ja dostałem trzy czwarte honorarium. W ostatniej chwili wydanie wstrzymano. Dziś mogę powiedzieć, że dzięki Bogu, bo zaraz potem komuna upadła, a książki wydane w tym czasie trafiły na makulaturę.

- "Urodzony z wiatru" to jeszcze literatura faktu czy już beletrystyka?

- To czysta beletrystyka. Choć z prawdziwym tłem historycznym. Ostatnio wciąż pytają mnie o to dziennikarze, przecież fachowcy, przekonani, że "Urodzony z wiatru" jest niemal reportażem. Czyli mój chwyt literacki działa. Prawda jest taka, że przed wielu laty, w winiarni Pod Szóstką w Krakowie, pewien młody człowiek, będąc pod silnym wpływem alkoholu, opowiedział mi, jak jego ojciec, partyzant "Ognia", najpierw został zabity, a po jakimś czasie zmartwychwstał. Ale to była dla mnie tylko inspiracja, punkt wyjścia. Cała reszta jest moja. Zresztą, do dziś nie wiem, czy w opowieści mego przypadkowego rozmówcy było choć ziarno prawdy.

- Przez strony przewijają się mało sympatyczne, ale autentyczne postaci. Może to ci ludzie zastopowali wcześniejszą edycję. Przecież znali szkic powieści. Choćby z opowiadania "Kto zabił Wawrzyńca Kurniawę" zamieszczonego przed ćwierćwieczem na łamach "Nowego Wyrazu" oraz z zapowiedzi jednego z krakowskich wydawnictw.

 

- Nie sądzę, by przeciw mojej powieści uknuto światowy spisek. Zresztą, ludzie, o których Pan wspomniał, albo już nie żyli, albo utracili wpływy. Mogło się tu zbiec wiele przyczyn. Zapewne jedną z nich były kłopoty finansowe, jakie w połowie lat 90. przeżywała większość wydawców. Choć rzeczywiście, zachowanie krakowskiego wydawnictwa było dość symptomatyczne. Pierwszy entuzjazm, jaki zapanował tam po przeczytaniu maszynopisu, słabł w miarę, jak z tekstem zapoznawały się osoby z zewnątrz. Kraków to małe miasto, pełne powiązań rodzinnych i towarzyskich. Kto wie, czy naprawdę nie dotknąłem kogoś w bolesne miejsce? To możliwe. Kraków ma ustalone hierarchie wartości i biada temu, kto je narusza. "Ogień", który za komuny był wyłącznie krwawym psem imperializmu, teraz został narodowym świętym. A że jego konto obciążone jest także śmiercią kilkudziesięciu Żydów, którym udało się wynieść głowy z Holokaustu, to cóż, sprawa niewyjaśniona. Po co o tym przypominać?

- Opisał Pan kawał naszej historii najnowszej z podhalańskiej perspektywy. I to w sposób daleki od poprawności politycznej.

- Tak zwana poprawność polityczna to przekleństwo w życiu publicznym, a w literaturze tym bardziej. To czysta hipokryzja, która nigdy nie doprowadzi ani do wyjaśnienia prawdy, ani do prawdziwego pojednania. Trzeba się odważyć mówić rzeczy niepoprawne. Uważają na przykład górale, że "Ogień" wrócił do lasu, kiedy przekonał się, że w nowej Polsce "rządzą Ruskie i Żydy". Czy to prawda? Nie wiadomo. Takie żyły na Podhalu mity, podsycane przez przaśny, ludowy antysemityzm, czy może raczej żydofobię. Dowódca oddziału partyzanckiego, mającego bazę wśród górali, nie mógł się z tymi nastrojami nie liczyć. Choć osobiście wątpię, by "Ogień", po odebraniu nominacji na szefa MO i UB w Nowym Targu z rąk Zofii Gomułkowej (jak wiadomo, była ona pochodzenia żydowskiego), doznał nagłej iluminacji. Nic też nie wskazuje, by prywatnie był antysemitą. W czasie wojny podporządkował się przecież na krótko dowódcy oddziału AL Izaakowi Gutmanowi ps. Zygfryd, o którym było wiadomo, że jest Żydem. Jeśli później wykonywał gesty antysemickie, to myślę, że raczej pod wpływem panujących nastrojów. Nie należy też wykluczać prowokacji. Powrót do lasu miał chyba całkiem inny powód.

- A rola Machejka?

- Właśnie. Jestem zwolennikiem teorii, że zmusiła go do tego intryga, uknuta przy walnym udziale Władysława Machejka, wówczas sekretarza PPR w Nowym Targu, a później przez wiele lat naczelnego redaktora "Życia Literackiego". Do Kurasia zapałał on niechęcią od pierwszego wejrzenia. W swej zakłamanej pod innymi względami, niby-dokumentalnej książce "Rano przeszedł huragan", tego akurat wcale nie krył. Oczywiście, Machejek nie mógł działać bez inspiracji, a przynajmniej przyzwolenia swych mocodawców z Krakowa.

- "Urodzony z wiatru" to powieść z kluczem?

- Jestem przekonany, że żaden klucz nie jest konieczny, aby zrozumieć opowiedzianą przeze mnie historię. W ogóle w literaturze klucze nie są potrzebne. Dowodzą tego losy wielu innych, powszechnie znanych powieści. Ostatnio na przykład zajrzałem do "Kapitana Blooda", lektury mego dzieciństwa. Jest tam szalenie skomplikowane tło historyczne wojen religijnych w siedemnastowiecznej Anglii. Kogo one dziś obchodzą? Mimo to książkę można z powodzeniem nadal czytać jako powieść awanturniczą, przygodową. Coś z tego ma także "Urodzony z wiatru". To opowieść o przygodzie młodości.

Rozmawiał: Tomasz Zbigniew Zapert
"Dzień Dobry", 4 kwietnia 2003.