Rozmowa z Markiem Harnym, autorem "Urodzonego z wiatru"

Krzysztof Masłoń: Kanwę pańskiej powieści "Urodzony z wiatru" stanowią losy górali związanych z "Ogniem", w czasie okupacji walczących z Niemcami, a po wojnie z komunistyczną władzą. Jakie są pana związki z Podhalem?

Marek Harny: Wychowałem się w Nowym Sączu, choć urodziłem się w Zabrzu. W latach mojej młodości legenda "Ognia" była jeszcze żywa na Podhalu, z kolei w mojej rodzinie zdarzyły się pewne epizody WiN-owskie, co samo w sobie nie wiązało się z tą legendą, ale na przykład mój wujek aresztowany na nowosądeckich Plantach z bronią w kieszeni przez jakiś czas siedział w celi razem z Bronisławem Polaczykiem. A to w historii "Ognia" nazwisko znaczące. Później poznałem człowieka, który dwukrotnie - za każdym razem inaczej - opowiedział mi dzieje swojego ojca. Miał on być u "Ognia", potem w powszechnym mniemaniu - zginąć, a w istocie żyć w Ameryce. Traktowałem te wynurzenia nie do końca poważnie, ale posłużyły mi za tworzywo opowiadania, które napisałem, i w latach 70. opublikowałem w "Nowym Wyrazie". Zatytułowane było "Kto zabił Wawrzyńca Kurniawę?" i po jego przeczytaniu mój zakopiański kolega spytał: "Ty, skąd go znałeś? Naprawdę był taki facet, pojechał do Ameryki, w Chicago znalazł robotę. Ale ty, bracie przekręciłeś fakty". Wtedy zacząłem drążyć tę i inne historie dotyczące działalności "Ognia", czytać wszystko, co było dostępne na ten temat, rozmawiać ze świadkami wydarzeń.

 

KM: W latach PRL "Ogniem" straszono dzieci. W oficjalnych publikacjach robiono z niego bandytę, dopiero po 1980 r. Józef Kuraś okazał się bohaterem walk o niepodległość Polski. Nie wszyscy jednak tak myślą. Czy pan, po napisaniu swojej książki, ma wyrobione zdanie o tym współczesnym Harnasiu, który kierował placówką Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Targu, a następnie wrócił do lasu i walczył z komunistami, jak wcześniej z Niemcami?

MH: Nie, nie mam. Na pewno był urodzonym przywódcą, który zasmakował w walce. Po tragedii, jaką było wymordowanie przez Niemców całej jego rodziny, zmienił swój pseudonim z "Orła" na "Ogień". I nie w głowie było mu gospodarowanie, choć - jak podają źródła - cierpiał na przewlekłe zapalenie korzonków nerwowych, więc, zdawałoby się, powinien wrócić do Waksmundu i siedzieć przy piecu, a nie poniewierać się po ziemiankach, znosząc wielkie trudy fizyczne.

KM: Jeden z negatywnych bohaterów pańskiej powieści powiada o "Ogniu", że byłby z niego wspaniały ludowy generał.

MH: Naprawdę powiedział mi to dwa miesiące przed swą śmiercią Władysław Machejek. Był już starym człowiekiem; liczyłem, że namówię go na wspomnienia z czasów, gdy był I sekretarzem PPR w Nowym Targu. Ale nic z tego, tylko to jedno, jedyne zdanie o ludowym generale.

KM: Kuraś miał rodzinne, jeszcze przedwojenne związki z PSL i kiedy mówiono mu o Polsce Ludowej, to on właśnie o taką Polskę chciał się bić. Ciążyły jednak na nim poważne zarzuty z natury kryminalnej, jest też niewyjaśniona sprawa zamordowania na granicy polsko-czechosłowackiej kilkunastu Żydów. W pana powieści zbrodnia ta jest jedną z osi całej fabuły.

MH: Zetknąłem się z wydawnictwem izraelskim, w którym odpowiedzialnością za ten mord obarczono "Ognia" i jego grupę Narodowych Sił Zbrojnych, a przecież w rzeczywistości nie miał on nic wspólnego z NSZ. Przed komunistycznym sądem o popełnienie tej zbrodni oskarżono pochodzącego z Krościenka "Śmigłego", ale sąd uwolnił go od tego zarzutu. Nie jestem historykiem, nie mogę takich spraw rozstrzygać, mogę jedynie stawiać pytania. Zwracam zresztą uwagę, że wprawdzie w "Urodzonym z wiatru" podstawowe fakty są prawdziwe, jednak cała reszta to fikcja literacka.

KM: Czy rzeczywiście "Ogień" jeździł do Warszawy i dopiero to, z czym się w stolicy zetknął, zadecydowało o podjęciu przez niego walki z komunistami?

MH: W Warszawie dostał nominację na komendanta Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Targu. Nie wiem, czy powoływał się na swoje tradycje PSL-owskie. W każdym razie, gdy wrócił z nominacją, okazało się, że w tym czasie Władysław Machejek, który był I sekretarzem nowotarskiej PPR, sprowadził do Krakowa innego komendanta. Można przypuszczać, że Kuraś zrozumiał wówczas, iż zagrożona jest już nie tylko jego pozycja, ale - być może - i życie. Zabrał więc swoich ludzi i wrócił do lasu. Dopiero później powstała legenda, że jak zobaczył w Warszawie, iż rządzą "Ruskie i Żydy", to powiedział: "Chłopcy, nic tu po nas".

KM: "Ogniowi" przypisywano wydawanie ulotek antysemickich. Być może były to ubeckie fałszywki, niemniej jednak trafiały na Podhalu na podatny grunt.

MH: Przedwojenny antysemityzm, o podłożu ekonomicznym, był tam raczej łagodny, pogromów w górach nie urządzano. PSL organizował bojkotowanie sklepików żydowskich, chodziło m.in. o handel w dni świąteczne.

KM: Był to region ciekawy z innego jeszcze powodu. Antykomunizm był tam powszechny, a komunistów niemal w ogóle nie było.

MH: W głęboko zakonspirowanej organizacji PPR w Nowym Targu było 10 czy 11 osób, w tym cztery z jednej rodziny. W Zakopanem było podobnie.

KM: W najstraszniejszej z wojen - wojnie domowej o w gruncie rzeczy nic nie jest pewne, do końca nie wiadomo, kto walczy po słusznej stronie.

MH: O postawie zajmowanej po wojnie przez młodych ludzi decydowało czasem to, czy miało się kolegę z lasu czy z UB. Oczywiście nie zapominam o ideałach, z tym że na Podhalu tak jak "Ogień" miał swoje wtyki w Urzędzie Bezpieczeństwa, tak UB miał swoich ludzi u niego. Rozwikłać tych, często bardzo ciemnych, spraw - niepodobna. Ze sztabu "Ognia" prawie nikt nie przeżył, on sam zginął w lutym 1947 r., podobno w beznadziejnej sytuacji, otoczony przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, popełnił samobójstwo. Przeżył jego zastępca "Powicher", który ujawnił się, potem przykładnie budował Nową Hutę, ale w swoich relacjach wiele spraw przemilczał, a w innych ewidentnie kłamał. Spotkałem też pewnego "ogniowca", który pięknie opowiadał, jak to walczył z komuną, jak niezłomny był z niego bohater - większy od "Ognia", tylko historycy tego nie odkryli. Nie mógł wiedzieć, że dotrę do jego akt sądowych, w których wyczytam, że został zwerbowany przez UB na Śląsku. Pewnie stanął przed wyborem: kula w potylicę albo przeniknięcie do "Ognia". No i był wtyką.

KM: Trudno jednak relatywizować wszystko i powtarzać za pańskim bohaterem: "Hitlera zastąpił Stalin, a Krzeptowskich - Gniadosze". Ten Gniadosz to - dodajmy - dość czytelny kryptonim Stanisława Wałacha, autora wrednej książki o "Ogniu" - "Był w Polsce czas".

MH: Na Podhalu o Krzeptowskim zdania są podzielone. Wielu twierdzi, że udawał współpracę z Niemcami, by ocalić górali przed represjami okupanta.

KM: Na karty swojej powieści wprowadził pan dziewczynę, która uważała się za Żydówkę, choć nią nie była. To ona wypowiada znamienne zdanie: "Jest się tym, kim się wymyśliło".

MH: Całkiem niedawno w Krakowie pewien z dziada pradziada chrześcijanin przyjął wiarę mojżeszową, a nawet został rabinem. Doszukiwano się w tym nie wiadomo czego, a było to chyba autentyczne przeżycie religijne. Paula Rajska z mojej powieści miała bardziej przyziemne powody, by podejrzewać w sobie Żydówkę.

KM: Trudno wskazywać palcem winnych, ale niewątpliwie w powojennym okresie Żydzi na Podhalu ginęli.

MH: Czasem się słyszy: "Jak my mogli ich oszczędzać, skoro oni do nas strzelali?". Rzeczywiście, nie brakowało osób pochodzenia żydowskiego w aparacie partyjnym, w bezpiece, w KBW. Ale zamordowany też został wraz z rodziną jedyny nowotarski Żyd-rolnik, nie mający nic wspólnego z komuną ani w ogóle z żadną opcją polityczną. Był pobożnym Żydem, który uprawiał rolę.

KM: To ewenement - Żyd na roli.

MH: A jednak nie został oszczędzony. Ale przeważały napady i mordy rabunkowe. Ci Żydzi, którzy przeżyli Zagładę, widzieli, co się dzieje. Sprzedawali, co tylko mogli, byle mieć jakieś pieniądze na początek w Palestynie, Ameryce czy jeszcze gdzie indziej. Przechodząc granicę - oczywiście nielegalnie - mieli jakieś złoto, jakieś dolary. Stawali się więc łakomym łupem.

KM: Zanim jeszcze rozpoczęła się repatriacja Żydów przybyłych ze Związku Radzieckiego, przez kanały graniczne wyprowadzona z Polski kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Działo się to głównie w rejonie Szczecina i Kudowy Zdroju. Ale granica tatrzańska też kusiła.

MH: Paradoks polegał na tym, że granicy nie strzegł wówczas żaden korpus pograniczników, tylko "Ogień", któremu zdarzało się nawet tę granicę przesuwać. Z tamtego czasu datuje się nie najlepsza pamięć o nim na Słowacji.

KM: Z pewnością na Podhalu w latach 1945 - 47 była dwuwładza. W skrócie wyglądało to tak, że drogi, pola i lasy należały do partyzantów, a do nowej władzy - poza więzieniami - komitety partyjne i milicyjne posterunki.

MH: Na których milicjanci siedzieli cicho, modląc się , by "Ogień" nie złożył im wizyty.

KM: Z czego się brała desperacja "Ognia" i jego ludzi? Skazani byli przecież na klęskę, chyba że poważnie brali pod uwagę możliwość wybuchu III wojny światowej.

MH: To mit, że ci wszyscy chłopcy z lasu liczyli na to, że Ameryka zetrze się z Rosją, że Truman spuści na Sowietów bombę atomową, a wtedy na amerykańskich czołgach wjedzie do Polski wolność. Wierzono w co innego: że będą demokratyczne wybory, w których wygra PSL z Mikołajczykiem, ustalenia jałtańskie zostaną dotrzymane i Amerykanie nie pozwolą Ruskim sfałszować wyników głosowania. To dlatego leśne oddziały miały wyraźnie zalecenia polityczne, by w okresie przedwyborczym wstrzymać się od działań zbrojnych. I czyż można było bardziej za szkodzić Mikołajczykowi, niż kompromitując te oddziały, które on jakoby wspierał? Prowokacja aż się prosiła: wystarczyło wystrzelać jadących ciężarówką Żydów. Wydźwięk był jednoznaczny: cóż to za bazę społeczną ma PSL - bandytów i morderców!

KM: W "Urodzonym z wiatru" - którego akcja dzieje się na kilku planach: tuż powojennym, marcowym (1968), początku dekady gierkowskiej i całkiem współcześnie - zwróciłem uwagę na charakterystyczną scenę. Otóż w 2002 roku zwierzchnik pyta zajmującego się sprawą "Ognia dziennikarza: "Dlaczego marnujesz czas? Kogo dziś obchodzi okupacja, holokaust, walka z komuną?". To ostatnie pytanie usłyszałem też niedawno z ust redakcyjnego kolegi. Może miał rację?

MH: Nie miał. Żeby uformować światopogląd, określić swój stosunek do rzeczywistości, do politycznych i społecznych zjawisk, trzeba sięgać do korzeni, do historii i tej sprzed 50, i sprzed 20 lat. Gruba kreska, którą niektórzy oddzielili to wszystko, co było przed 1989 rokiem, była nieporozumieniem, co dziś jest chyba aż nadto widoczne.

KM: A kto jest głównym adresatem pańskiej powieści?

MH: Młodzi ludzie. Dojrzało pokolenie bez uprzedzeń, nie mające większej traumy wywodzącej się z komunizmu. Oczywiście, nie lekceważę tego, że antykomunizm miewa swoje źródła w tym np., że czyjś dziadek zginął w Katyniu lub był męczony w katowniach UB. Generalnie jednak adresuję książkę do ludzi otwartych, bez uprzedzeń i raczej młodszych niż starszych, choć ci drudzy mogą odnaleźć w "Urodzonym z wiatru" swoją młodość.

KM: Tak się zdarzyło i ze mną, w trakcie czytania fragmentów pana książki odnoszących się do lat 70. Nie chodzi mi o konkretne zdarzenia, ale ogólny klimat, tamtą aurę, którą pan przywołał.

MH: Gdybym dziś pisał "Urodzonego" od początku, nie udałoby mi się to. Nie pamiętałbym na przykład, że do restauracji i kawiarni wstawiano wówczas szafy grające, do których wrzucało się monetę, by usłyszeć ulubioną piosenkę.

KM: Na pewno "Biały krzyż" - partyzancką piosenkę współczesną, co samo w sobie było absurdem. Ale pański bohater znajduje w grającej szafie nie tylko Czerwone Gitary, ale i Doorsów z utworem "The Unknown Soldier". W to akurat wątpię.

MH: Nie będę się z panem spierał. Sprawdziłem datę nagrania tego utworu, było to możliwe. Tak jak wiele innych spraw, o których opowiadam w "Urodzonym z wiatru". Nie twierdzę, że było tak, a nie inaczej. Ale mogło być. Moja książka wyrasta z realistycznej gleby. W rzeczywistość wpisałem tylko pewien element tajemniczości.

Rozmawiał: Krzysztof Masłoń