Z Markiem Harnym o "Zdrajcy" rozmawia Tomasz Zbigniew Zapert

Czy wystąpił pan do Instytutu Pamięci Narodowej o udostępnienie własnej teczki? Pytam, bo sądząc z lektury "Zdrajcy", ma pan sceptyczny stosunek do ustawy lustracyjnej.

Bo to jest do dupy ustawa. A przynajmniej źle działa, co na jedno wychodzi. Czy pan wie, co dokładnie znaczy po polsku słowo "lustrować"? Ja sprawdziłem w słowniku. To znaczy "przyglądać się bacznie". A kto z naszych lustratorów przygląda się bacznie czemukolwiek? Oni, proszę pana, przeciwnie, zasłaniają sobie oczy i walą cepem na oślep. Na kogo wypadnie, na tego bęc. To są ci lustratorzy naiwni, ideowi. Są też oczywiście i cyniczni, którzy dokładnie wiedzą, komu chcą spuścić bęcki, a prawda ich mniej interesuje. Ja, proszę pana, jestem za lustracją, żeby ją zrobić i koniec. A nie trzymać kwity w zanadrzu i wyciągać je, kiedy trzeba kogoś załatwić. Co do mnie, to mnie moja teczka nie obchodzi. Nie byłem aktywnym opozycjonistą, więc tam pewnie nie ma nic ciekawego. Owszem, chyba kapował na mnie jeden, nawet się domyślam, który, ale chodziło o sprawy obyczajowe, żadnej krzywdy mi nie zrobił, więc mam to gdzieś. Jako dziennikarz złożyłem oświadczenie lustracyjne, ale mi odesłali.

Wykazuje pan doskonałą znajomość Kościoła katolickiego, szczególnie macierzystej diecezji krakowskiej, jest pan wierzący?

 

Jestem agnostykiem, ale agnostykiem, by tak rzec, rzymskokatolickim. Nie starozakonnym, nie luterańskim, nie prawosławnym, buddyjskim czy konfucjańskim, ale rzymskokatolickim, ze wszystkimi tego konsekwencjami, dobrymi i złymi. Nawet jak się jest stuprocentowym Amerykaninem, nie jest obojętne, czy dziadkowie pochodzili z Białegostoku, czy z Timbuktu, prawda?

Wprawdzie główni bohaterowie są fikcyjni, ale natrafiamy też na postacie autentyczne - Machejek, Gil, Handzlik, Pyjas, Pietraszko - a niektórzy - księża Starski, Abramowicz-Mirski, Bajkowski - zostali przez autora z lekka zakamuflowani, co - przyznaję - nie bardzo mi odpowiada. Nie lepiej było podać nazwiska księży: Bonieckiego, Czajkowskiego i Isakowicza-Zaleskiego?

Nie zastanawiałem się nad tym. To są, myślę, w przypadku powieści sprawy trzeciorzędne, obchodzące garstkę wtajemniczonych. Prawdziwe nazwiska występują w książce tylko po to, żeby ktoś nie skojarzył niektórych postaci ze sobą i się nie obraził. Taki drobny oportunizm.

Skądinąd słyszałem, że "Zdrajca" nigdy by nie powstał, gdyby nie chwalebna - moim zdaniem - działalność księdza Isakowicza-Zaleskiego, uhonorowana niedawno Nagrodą im. Józefa Mackiewicza. To prawda?

Sądzi pan, że gdyby nie było Napoleona, Tołstoj nie napisałby "Wojny i pokoju"? Ja myślę, ze by napisał, tylko może inną. Co nie zmienia faktu, że zarówno Napoleon jak Isakowicz-Zaleski to postaci inspirujące.

Czy czarny marsz i pacyfikację Huty Lenina widział pan na własne oczy, czy też mamy tu do czynienia z kreatywną, autorską wyobraźnią?

Pisanie powieści polega na kreacji. Kiedy miały miejsce wspomniane wypadki, nie mieszkałem w Krakowie. Początki "Solidarności" obserwowałem w innym wielkim zakładzie przemysłowym, tarnobrzeskim Siarkopolu. Jednak później poznałem osoby, które uczestniczyły w czarnym marszu i wydarzeniach w Hucie Lenina. Czasem więcej da się zaczerpnąć z cudzych doświadczeń niż z własnych.

A jak wytyczał pan trasy górskich wycieczek księdza Halickiego? Wędruje przez Tatry pańskimi szlakami?

Tatry nie są wielkie, więc zarówno autor, jak bohater, zdeptali je w ciągu życia dość dokładnie. Z tą różnicą, że autor nigdy nie znalazł się w górach w sytuacji tak dramatycznej jak bohater. Bo też nigdy się aż tak nie zaplątał.

Swoją drogą główny bohater w sutannie nieczęsto zdarza się w literaturze. Zwłaszcza współcześnie.

Dziwne, prawda? W kraju, który uważa się za najbardziej katolicki na świecie. A może właśnie dlatego? Nie wiadomo, jak pisać o tych księżach. Więc jeśli ktoś już pisze, to albo strzyka zatrutą śliną, albo kadzi tak, że aż się na wymioty zbiera. Mam nadzieję, że udało mi się uniknąć obu tych skrajności. Choć mam świadomość, że i tak nikomu nie dogodziłem. Ale też nie to było moim celem.

Dziadek Halickiego, naukowiec ateusz, przyczynił się do zwolnienia z ck aresztu w Nowym Targu Lenina, ojciec służy ludowej ojczyźnie jako dyspozycyjny prozaik, a zarabia pisanymi pod oryginalnym pseudonimem kryminałami, toteż wątek nawrócenia Konrada i wybrania przez niego duchowej drogi życia wydał mi się mało wiarygodny.

Dlaczego mało wiarygodny? Zgoda, może nietypowy. Jednak naprawdę spotkałem księży, którzy najpierw przeszli etap niewiary, potem się nawrócili, wreszcie odkryli w sobie powołanie kapłańskie. Opowiem panu jeszcze coś innego. Był na krakowskim Kazimierzu chłopak z prostej rodziny, goj stuprocentowy, który kazał się obrzezać i dziś jest w Izraelu rabinem. Też wszyscy mówili, że niewiarygodne. A takie rzeczy po prostu się zdarzają.

Zaskoczył mnie fakt, że tym razem - choć gwoli prawdy w powieści "Samotność wilków" też było podobnie - zlekceważył pan muzykę, symbol swej prozy. Muzykę tak ważną w "Urodzonym z wiatru", "Pismaku" czy "Lekcji miłości", z ulubionym, także przeze mnie "July Morning" Uriah Heep. Aż prosi się, by Halicki et consortes w okresie karnawału "Solidarności" nucili na przykład coś z repertuaru Jacka Kaczmarskiego.

To mnie pan zastrzelił. Nie myślałem o tym. Widocznie tym razem aluzje muzyczne nie były mi potrzebne. Zresztą, jeśli mi jakieś motywy muzyczne utkwiły w pamięci z tamtych czasów, to raczej pieśni religijne. Ten okropny hymn do cara "Boże, coś Polskę" i inne, już lepsze, które zresztą w "Zdrajcy" są zacytowane. No i jeszcze pieśń konfederatów barskich, więc jednak coś tam się przedostało. A Kaczmarskiego trudno sobie nucić pod nosem. Z wyjątkiem "Murów", no ale cytowałem je przecież aż nieprzyzwoicie obszernie w "Lekcji miłości", zatem może wystarczy.

"Zdrajca" trafił na księgarskie lady w listopadzie. Może autor ma jakieś przecieki, jak przyjęło książkę nasze duchowieństwo?

Wie pan, nie mam żadnych przecieków. Prawie w ogóle żadnych reakcji. Ale to charakterystyczne dla życia umysłowego w Polsce, nie sądzi pan? Tu się uprawia tylko pyskówki, rozmów unika się jak, nie przymierzając, diabeł święconej wody. Więc nie jestem zdziwiony. "Zdrajcę" napisałem, niech mi będzie wolno to wyznać, z poczucia obowiązku wobec ojczyzny. Taki jestem, proszę pana, ja nawet w wojsku byłem. I cieszę się, że już mam to za sobą. Jedno i drugie.

"Rzeczpospolita", 5-6 stycznia 2008.