Rozmawiamy z Markiem Harnym, dziennikarzem GK i autorem powieści "Samotność wilków"

- Lubisz Brigitte Bardot?

- Kiedyś kochałem się w niej platonicznie, szczególnie w czasach, gdy grała w swoich wczesnych filmach, na przykład w takich jak "I Bóg stworzył kobietę". Teraz jako starsza pani zajmuje się ochroną zwierząt, ale z tego co obserwuję, popada w coraz większy fanatyzm. Z tego powodu aluzja do B.B. znalazła się w mojej powieści. Jak sądzę, o to chodziło w twoim pytaniu?

- Nie podobają Ci się jej poglądy?

- Zgadzam się z tym, że należy bronić zagrożonych zwierząt i czas najwyższy przestać zabijać foki na kołnierze dla bogatych paniuś. Jeżeli jednak ktoś żywi się mięsem, to musi je skądś brać. Takie są prawa natury i nie ma co z nimi walczyć.

- Bohaterowie Twojej najnowszej powieści "Samotność wilków" walczą jednak o to, by nie dochodziło do zabijania wilków w Bieszczadach.

- Bo są ludźmi z zewnątrz, którzy przyjechali z Warszawy i mają zupełnie inne wyobrażenie o życiu wśród dzikiej przyrody niż miejscowi. Tym przybyszom wilki nie zabijają owiec, więc oni nie do końca potrafią zrozumieć chłopów. Myśliwi z kolei nienawidzą wilków tak, jak jeden drapieżnik potrafi nienawidzić drugiego drapieżnika.

- Ta nienawiść w książce skierowana jest zarówno do wilków, jak i do Ukraińców. Dlaczego te dwa wątki nakładają się na siebie?

 

- Wszystko zaczęło się od tego, iż jako młody człowiek łaziłem po dzikich jeszcze Bieszczadach i na swojej drodze spotykałem różnych ludzi. Wśród nich był ojciec mojego kolegi, który patologicznie wręcz nienawidził Ukraińców. Przeżył wszystkie okropności, jakie działy się po wojnie na pograniczu i do końca życia nie mógł się z nich otrząsnąć. Ja wtedy niewiele jeszcze o ty wiedziałem. Miałem tylko szczątkowe informacje o działalności "band" UPA, o mordowaniu się nawzajem sąsiadów. Już wtedy starałem się zrozumieć fenomen tej etnicznej nienawiści. Po latach, kiedy zacząłem jeździć jako dziennikarz w Beskid Niski, poznałem leśników, którzy także nienawidzili Ukraińców. Tylko że u nich na tę nienawiść nakładała się również nienawiść do wilków, z watahami których walczyli tak, jak z ukraińskimi "bandami". W końcu dotarło do mnie, że ludzie ci, nie mając już bezpośredniej szansy wyładowywania swojej nienawiści do Ukraińców, przenieśli ją na wilki. Znaleźli sobie zastępczego wroga do tego stopnia, że kiedy wilk upolował jelenia, to mówili, że bandyta upolował leśną, niewinną zwierzynę.

- To byli ludzie, którzy doskonale pamiętali powojenną historię. Z biegiem czasu chyba ta nienawiść osłabła?

- Okazuje się, że niekoniecznie. Niewiele potrzeba, żeby ona znowu się odrodziła. Świadczy o tym choćby podpalenie ukraińskiej szkoły, jakie miało miejsce w zeszłym tygodniu na Mazurach. Ogień nienawiści gdzieś głęboko tkwi w niektórych ludziach i bardzo trzeba na niego uważać, żeby nie rozpalił się na nowo.

 

- Wróćmy do Twojej ostatniej książki, której akcja rozgrywa się wśród obrońców wilków w Bieszczadach. Jak ją dokumentowałeś?

- Nie starałem się jej specjalnie dokumentować, pisząc ją korzystałem z własnej pamięci o wędrówkach po tych terenach i o spotkaniach z ekologami zajmującymi się wilkami. Miałem z nimi kontakty jako dziennikarz, pisząc na ten temat reportaże.

- A czy identyfikujesz się z głównym bohaterem swojej książki? On też ma na imię Marek. Jest dojrzałym mężczyzną, który chce zacząć życie od nowa, z nową kobietą, już nie w dużym mieście, ale wśród dzikiej, bieszczadzkiej przyrody.

- To wszystko zależy od tego, jakie ma się wyobrażenie o wsi. Jeżeli mieszczuch sądzi, że prosty lud jest czysty i będzie chciał się z nim zjednoczyć, żeby odzyskać własną utraconą niewinność, to może się tylko sparzyć. Jeżeli z góry zakłada, że będzie żył obok tych ludzi i będzie im przydatny, na przykład ucząc ich czy lecząc, to ma szansę zyskać ich szacunek. Ale zawsze będzie i tak podlegał ocenie jako ktoś z zewnątrz. I tak jest z Markiem z "Samotności wilków". Choć chce być z tymi ludźmi, to jednak nie potrafi się do nich dostosować. On chciałby złagodnieć, przestać wieść życie drapieżnika, tak jak to robił jako polityk w Warszawie. Ale wiejska społeczność mu na to nie pozwala, bo on nie umie przyjąć jej zasad.

- Marek bardzo późno zaczyna rozumieć, czego chce w życiu. Czy to według Ciebie przypadłość mężczyzn, że tak długo dorastają?

- Myślę, że faceci nigdy nie dorastają do końca. Dlatego kobiety chcą się nimi opiekować, tak jak Karolina, która jest dużo młodsza od Marka, a jednak o wiele bardziej od niego dojrzała. Zauważ, że jego nastoletnia córka Ewa też w pewnym sensie się nim opiekuje. Kobiety posiadają wciąż pierwotną mądrość, którą mężczyźni gdzieś zatracili.

- Ty też?

- Oczywiście. Ta męska niedojrzałość wydaje mi się bardzo fajna. Jak w końcu dojrzeję, to umrę.

- A jesteś drapieżnikiem?

- Wszyscy jesteśmy drapieżnikami. Myślę, że gdyby sytuacja tego wymagała i ktoś na przykład zaatakowałby moje stado, to byłbym w stanie użreć, a nawet głęboko wbić kły w gardło przeciwnika.

Rozmawiała: Magda Huzarska-Szumiec
"Gazeta Krakowska", 3.11.2006.