Do historii i legendy podhalańskiego "Ognia" odwołuje się Marek Harny w powieści "Urodzony z wiatru", wydanej nakładem Prószyńskiego i S-ki. Od dawna nie powstała książka tak mocno osadzona w polskich realiach, dotykająca tak ważnych i bolesnych spraw naszej przeszłości, ale i współczesności.

W losach jej bohaterów, zdeterminowanych dramatycznymi wydarzeniami z połowy lat 40. dwudziestego wieku, odbijają się i smutne dzieje PRL z Marcem '68, i rzeczywistość III RP - też skomplikowana i wcale nieróżowa.

W zasadniczym planie fabuła "Urodzonego z wiatru" tkwi na Podhalu, konkretnie w Nowym Targu, na początku lat 70. Wtedy to Marek Harny (ur. 1946) po raz pierwszy spisał historię, której ostateczny kształt miał nadać dopiero po 30 latach. Zdołał jednak, jeszcze w gierkowskiej dekadzie, opublikować w "Nowym Wyrazie" opowiadanie "Kto zabił Wawrzyńca Kurniawę".

- Poznałem kogoś - mówi autor - kto dwukrotnie, za każdym razem inaczej, opowiedział mi historię swojego ojca. Miał on u "Ognia" zginąć, a w istocie ujść z życiem i przebywać w Ameryce. Traktowałem te wynurzenia nie do końca poważnie, ale kolega z Zakopanego, który przeczytał moje opowiadanie, spytał: - Skąd go znałeś? Naprawdę był u "Ognia" taki facet, pojechał do Ameryki, za robotą trafił do Chicago. Ale ty, bracie, przekręciłeś fakty.

Harny zabrał się wówczas do pracy, po części dokumentalistycznej, po części detektywistycznej i reporterskiej. Pracował już zresztą jako dziennikarz. Błędy i półprawdy wyeliminował z opowiadania, rozbudowując je do większych, powieściowych rozmiarów. Pierwszy wydawca, znany warszawski edytor, odrzucił maszynopis - były już lata 80. - a recenzja wewnętrzna wyglądała tak: "Autor od samego początku roztacza przed nami tajemnicę. Mnoży zagadki. Kim jest tajemniczy przybysz? Wawrzyńcem Kurniawą czy jego zabójcą? A może jeszcze kimś zupełnie innym? Kto wymordował Żydów uciekających z Polski przed antysemityzmem, panującym zarówno w kręgach władzy, jak i wśród rzekomych obrońców niepodległości? Czyim synem jest naprawdę Andrzej Kurniawa, leśnego bandyty czy ubeka? Autor potęguje napięcie i atmosferę niejasności, pobudzając ciekawość czytelnika do granicy bólu. I cóż się okazuje? Ano, okazuje się, że czyni tak tylko po to, by na końcu odmówić odpowiedzi na postawione pytania. Jest to zabieg haniebny!" (ostatnie zdanie zostało podkreślone dwa razy).

Czas jednak nabierał w Polsce ogromnego przyspieszenia, nazwisko "Ognia" - Józefa Kurasia przestawało być trefne i kolejny warszawski wydawca zaakceptował powieść, zdążył nawet zrobić skład książki, ale popadł w tarapaty finansowe i musiał odstąpić od edycji. Już w wolnej Polsce "Urodzony z wiatru" znalazł się w planach wydawniczych znanej oficyny krakowskiej. Po przyjęciu książki do druku zapadło jednak długie milczenie, które wyjaśnić można tylko w ten sposób, że jedna z negatywnych postaci występujących w powieści, uniwersytecki prominent docent Pollak-Schumacher, aż nadto (także brzmieniem dwuczłonowego nazwiska) przypominał autentycznego, wysokiego rangą pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, tym ważniejszego, że skoligaconego z samym metropolitą krakowskim.

Takich łatwo czytelnych tropów jest w powieści Marka Harnego więcej. Np. autorem wrednej publikacji o "Ogniu" i jego walce z komuną ("Był w Polce czas", wyd. 1978) był niejaki Wałach, w "Urodzonym z wiatru" zwany Gniadoszem. Niektóre nazwiska nie są kryptonimowane, jak Józefa Światły, zastępcy kierownika Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie, który spod Wawelu właśnie startował do swej "kariery", czy Wacława Krzeptowskiego, przywódcy Goralenvolku, bo i o tej "białej plamie" naszej historii najnowszej pisze w swej książce Harny.

- Wściekałem się, nie mogąc wydać książki - opowiada pisarz - ale dziś dziękuję Bogu, że mi ją odrzucano. Gdyby ukazała się pod koniec komuny, już by ją dziesięć razy łopatą przyklepano i pies z kulawą nogą nie wróciłby do tej historii.

- Z kolei na początku lat 90. - wchodzę w słowo autorowi "Urodzonego z wiatru" - pana książka wydawać się mogła nazbyt niejednoznaczna. W końcu nie całe odium winy za czyny przypisywane "Ogniowi" i jego ludziom zostało zdjęte. A sprawców zastrzelenia kilkunastu Żydów na ówczesnej granicy polsko-czechosłowackiej nie da się już zapewne ustalić.

- Na temat tego wydarzenia krążyły i krążą nie do końca wiarygodne informacje. Zetknąłem się np. z wydawnictwem izraelskim, w którym odpowiedzialnością za ten mord obarczono "Ognia" i jego grupę NSZ, a przecież nie miał on nic wspólnego z Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Przed komunistycznym sądem o popełnienie tej zbrodni oskarżono pochodzącego z Krościenka "Śmigłego", ale sąd uwolnił go od tego zarzutu. Nie jestem historykiem, nie mogę takich spraw rozstrzygać, mogę jedynie stawiać pytania.

Książka Marka Harnego odległa jest od - tak dziś skrupulatnie przestrzeganej - poprawności politycznej. Z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć można, że będą mieć do niej pretensje zarówno filo-, jak i antysemici, że nie zaakceptują jej ani zwolennicy władzy ludowej, ani nieprzejednani antykomuniści.

- Trudno - rozkłada ręce Harny. - Moja książka wyrasta z realistycznej gleby. W rzeczywistość wpisałem tylko pewien element tajemniczości, na czym - myślę - powieść zyskała. "Urodzony z wiatru" rzeczywiście nie jest poprawny. Z żadnego punktu widzenia. Ale i nasze życie nie jest poprawne, realia poprawne nie są.

Marek Harny przymierza się do następnej książki. Obiecuje, że do tematyki - jak ją określa - "historyczno-narodowej" jeszcze powróci, ale na razie zamierza napisać... współczesny romans. I to mocno erotyczny. W gruncie rzeczy do literatury wraca po dłuższej przerwie. Debiutował przecież, i to wielce udanie, ponad ćwierć wieku temu, gdy za tom opowiadań "Unieś mnie, wielki ptaku" (1975) otrzymał Nagrodę im. Stanisława Piętaka. W PRL wydał jeszcze powieść "Kraina naszej tęsknoty" (1985), później już tylko w 1990 r. cztery dłuższe opowiadania składające się na zbiór "Góry są w nas".

Choć sam urodził się w Zabrzu, góry odgrywają w jego twórczości ogromną rolę. Wychował się w Nowym Sączu, uprawiał taternictwo, związany był ze środowiskiem ratowników górskich. Od 1989 r. mieszka w Krakowie, pracuje w "Gazecie Krakowskiej". Góry wciąż jednak pozostają dla niego życiową przygodą i... oczyszczeniem.

Krzysztof Masłoń
"Rzeczpospolita", 20 stycznia 2003