"Zdrajca" wyróżniony Feniksem przez Stowarzyszenie Wydawców Katolickich

Z Markiem Harnym, autorem powieści "Zdrajca" rozmawia Joanna Weryńska

- Zaskakujące, że zdeklarowany ateista napisał powieść o lustracji w polskim Kościele...

- Zdeklarowany? Nigdzie się z tym nie deklaruję. To prywatna sprawa.

- I tak wszyscy wiedzą. Jak to się więc stało, że w zeszły piątek Stowarzyszenie Wydawców Katolickich przyznało "Zdrajcy" wyróżnienie Feniksa?

- Wyróżniono książkę, nie autora. Też się trochę dziwię, bo do tej pory ze strony Kościoła dobiegały raczej tylko niechętne pomruki. Myślę, że świadczy to, iż w polskim Kościele jednak są ludzie z otwartymi głowami, tak jak jeden z bohaterów powieści, ksiądz Tański, który nawet odprawiał msze dla niewierzących.

- Księdzem, wbrew swej woli wplątanym w "aferę z teczkami" jest też Konrad Halicki, główny bohater "Zdrajcy". Dlaczego wziął pan na warsztat akurat duchownych?

Z Markiem Harnym o "Zdrajcy" rozmawia Tomasz Zbigniew Zapert

Czy wystąpił pan do Instytutu Pamięci Narodowej o udostępnienie własnej teczki? Pytam, bo sądząc z lektury "Zdrajcy", ma pan sceptyczny stosunek do ustawy lustracyjnej.

Bo to jest do dupy ustawa. A przynajmniej źle działa, co na jedno wychodzi. Czy pan wie, co dokładnie znaczy po polsku słowo "lustrować"? Ja sprawdziłem w słowniku. To znaczy "przyglądać się bacznie". A kto z naszych lustratorów przygląda się bacznie czemukolwiek? Oni, proszę pana, przeciwnie, zasłaniają sobie oczy i walą cepem na oślep. Na kogo wypadnie, na tego bęc. To są ci lustratorzy naiwni, ideowi. Są też oczywiście i cyniczni, którzy dokładnie wiedzą, komu chcą spuścić bęcki, a prawda ich mniej interesuje. Ja, proszę pana, jestem za lustracją, żeby ją zrobić i koniec. A nie trzymać kwity w zanadrzu i wyciągać je, kiedy trzeba kogoś załatwić. Co do mnie, to mnie moja teczka nie obchodzi. Nie byłem aktywnym opozycjonistą, więc tam pewnie nie ma nic ciekawego. Owszem, chyba kapował na mnie jeden, nawet się domyślam, który, ale chodziło o sprawy obyczajowe, żadnej krzywdy mi nie zrobił, więc mam to gdzieś. Jako dziennikarz złożyłem oświadczenie lustracyjne, ale mi odesłali.

Wykazuje pan doskonałą znajomość Kościoła katolickiego, szczególnie macierzystej diecezji krakowskiej, jest pan wierzący?

- Ta historia jest długa i pełna porażek. Mówiąc w skrócie, na przestrzeni dwudziestu paru lat przynajmniej kilku wydawców nie szczędziło powieści pochwał, obiecywało druk, niektórzy nawet podpisali umowy. Po czym nic z tego nie wychodziło. Pod koniec komuny książka była niemal gotowa do druku, a ja dostałem trzy czwarte honorarium. W ostatniej chwili wydanie wstrzymano. Dziś mogę powiedzieć, że dzięki Bogu, bo zaraz potem komuna upadła, a książki wydane w tym czasie trafiły na makulaturę.

- "Urodzony z wiatru" to jeszcze literatura faktu czy już beletrystyka?

- To czysta beletrystyka. Choć z prawdziwym tłem historycznym. Ostatnio wciąż pytają mnie o to dziennikarze, przecież fachowcy, przekonani, że "Urodzony z wiatru" jest niemal reportażem. Czyli mój chwyt literacki działa. Prawda jest taka, że przed wielu laty, w winiarni Pod Szóstką w Krakowie, pewien młody człowiek, będąc pod silnym wpływem alkoholu, opowiedział mi, jak jego ojciec, partyzant "Ognia", najpierw został zabity, a po jakimś czasie zmartwychwstał. Ale to była dla mnie tylko inspiracja, punkt wyjścia. Cała reszta jest moja. Zresztą, do dziś nie wiem, czy w opowieści mego przypadkowego rozmówcy było choć ziarno prawdy.

- Przez strony przewijają się mało sympatyczne, ale autentyczne postaci. Może to ci ludzie zastopowali wcześniejszą edycję. Przecież znali szkic powieści. Choćby z opowiadania "Kto zabił Wawrzyńca Kurniawę" zamieszczonego przed ćwierćwieczem na łamach "Nowego Wyrazu" oraz z zapowiedzi jednego z krakowskich wydawnictw.

Rozmowa z Markiem Harnym, autorem "Urodzonego z wiatru"

Krzysztof Masłoń: Kanwę pańskiej powieści "Urodzony z wiatru" stanowią losy górali związanych z "Ogniem", w czasie okupacji walczących z Niemcami, a po wojnie z komunistyczną władzą. Jakie są pana związki z Podhalem?

Marek Harny: Wychowałem się w Nowym Sączu, choć urodziłem się w Zabrzu. W latach mojej młodości legenda "Ognia" była jeszcze żywa na Podhalu, z kolei w mojej rodzinie zdarzyły się pewne epizody WiN-owskie, co samo w sobie nie wiązało się z tą legendą, ale na przykład mój wujek aresztowany na nowosądeckich Plantach z bronią w kieszeni przez jakiś czas siedział w celi razem z Bronisławem Polaczykiem. A to w historii "Ognia" nazwisko znaczące. Później poznałem człowieka, który dwukrotnie - za każdym razem inaczej - opowiedział mi dzieje swojego ojca. Miał on być u "Ognia", potem w powszechnym mniemaniu - zginąć, a w istocie żyć w Ameryce. Traktowałem te wynurzenia nie do końca poważnie, ale posłużyły mi za tworzywo opowiadania, które napisałem, i w latach 70. opublikowałem w "Nowym Wyrazie". Zatytułowane było "Kto zabił Wawrzyńca Kurniawę?" i po jego przeczytaniu mój zakopiański kolega spytał: "Ty, skąd go znałeś? Naprawdę był taki facet, pojechał do Ameryki, w Chicago znalazł robotę. Ale ty, bracie przekręciłeś fakty". Wtedy zacząłem drążyć tę i inne historie dotyczące działalności "Ognia", czytać wszystko, co było dostępne na ten temat, rozmawiać ze świadkami wydarzeń.